Category: EASTcheapTRIP


Biały100k%

Relacjonujemy bez wytchnienia! Miesiąc po tripie, a wspomnienia jeszcze żywe, więc lepiej je spisać póki świeże 🙂 Ostatnim razem zatrzymaliśmy się na pierwszej nocy w Białymstoku, zatem dziś jedziemy od rana.

Niespiesznie zebraliśmy się z łóżek, mając w perspektywie gorące słońce na treningu. Tym większe lenistwo nas ogarnęło, gdy na stół wjechało śniadanie tak obfite, że znowu polegliśmy w czyszczeniu stołu. Napchani nie mogliśmy się ruszać, więc odpaliliśmy „Dzikie Wieprze” m.in. z Travoltą w głównej roli. Fajny film, bo tripowaty. Po raz kolejny zlekceważyłem znak. Na początku wyprawy bohaterowie pozbywają się komórek, by było jak za starych, dobrych czasów. Bez telefonu można żyć, no nie? 😀

Po filmie zebraliśmy nieco mocy i wyszliśmy na trening na Trawiastą. Ciekawe, nowe osiedle z ceglastymi murkami. Każdy sobie rozgrzewkę skrobnął i po dość długiej zabawie na placyku do takowej służącym, przenieśliśmy się na truparkourowe spoty. Pierwszy z nich – lekkie dojle na 3 murkach, które z niewyjaśnionych przyczyn pozamiatały nam psychę. Po kilkunastu próbach w końcu udało mi się jako tako skoczyć, co z kolei odblokowało chłopaków i zaraz po mnie też zaliczyli. Śmialiśmy się z siebie, ale każdy chyba rozkminiał, jakim cudem coś tak prostego nas tak pogniotło 😛 I tak przenosiliśmy się co kilkadziesiąt metrów na nowe murki i rurki – ot jak to na trenie. W końcu udało nam się coś nagrać i to nie byle jak, bo w 4 osoby skaczące na raz. To znaczy jedna po drugiej, ale… a zresztą. Śleć zmontuje, to zobaczycie 🙂 Nieco zmęczeni, a mający w planie odwiedzenie opuszczonej stacji kolejowej Białystok Fabryczny odwiedziliśmy osiedlowy sklepik. Wcinając przed owym lody dostrzegliśmy sens zamieszania w cerkwii po drugiej stronie uliczki – ślub! I niby nic wielkiego, ale Tomek zaproponował zrobienie bramy z poborem opłat w postaci wódki 😀 Początkowo nieśmiało, ale ostatecznie z uśmiechem zrealizowaliśmy spontaniczny pomysł poprzez związanie koszulek (szlaban), pokaz akrobatyczno-taneczny w wykonaniu Mleka oraz moje życzenia w imieniu chłopaków z całej Polski. Tym sposobem byliśmy litr Luksusowej do przodu, a radości z tego faktu było tyle, że… znowu – czekajcie na filmy! 😀

Poszliśmy dalej, w stronę stacji. Po drodze zachwycaliśmy się kreatywnością lokalnych agencji reklamowych na podstawie hasła reklamującego panele bukowe „Buk z wami” oraz nazwy firmy Awruk. Aż chciało się krzyczeć: ysp ciabej, ąróg rukrap! 😀 Przy Awruku nie mogliśmy sobie odmówić grupówki, a że firma zlokalizowana jest tuż przy skrzyżowaniu, musieliśmy zająć jeden z pasów. Nie spodobało się to kierowcy golfa, który przejechał bardzo blisko nas, a najbliżej, bo kolizyjnie z ręką Krzyśka. Wysiadł z fury i z niepewnym uśmiechem pytał, czy Krzysiek nie szuka zaczepki. Nie kojarzę, żeby ją gdzieś zgubił, albo coś, ale pan poprawił złożone od uderzenia lusterko i odjechał. Gdy dotarliśmy, naszym oczom ukazał się z jednej strony piękny, za sprawą wieczornego nieba, a z drugiej jednak przygnębiający obrazek zapuszczonych i zaniedbanych budynków. Mimo solidnego zmęczenia wykrzesaliśmy z siebie jeszcze trochę sił na próby dłuuugiej maupy do preca. Mlekowe próby dość szybko zakończyły się sukcesem, moje zakończyły się gdy pojawiła się kolejna rana na dłoni, a Jackowe trwały jeszcze przez dłuższą chwilę. Bezskutecznie. Znowu. Śledziu przeważnie nagrywał, albo zaliczał kolejne wskazane przez Tomka precki, a Blu… gdzie jest Blu? Biega. A, to spoko – wróci 😀 W międzyczasie odwiedziła nas Straż Miejska, ale bardziej zainteresowała się dwójką Andrzejów niż nami, w sensie służbowym. Bo tak to patrzyli na te małpy 😉 Jeszcze chwilę połaziliśmy po rdzewiejących torach, dostarczyliśmy świeżej krwi chmarom komarów, aż wreszcie, głównie z ich powodu, udaliśmy się w drogę powrotną.

U Tomka czekała na nas… zgadnijcie kto?!
– Babcia! :O
– Nie.
– Mega kolacja!
– Taaaak, brawo! Kto by się spodziewał?!
#####kżżżżżżżżżżżżż######
Po raz kolejny nażarliśmy się jak Dzikie Wieprze, ale tym razem w trawieniu pomogła nam ślubna zdobycz, chociaż na 7 osób to za dużo tego nie było 😉 Zdaje się, że tej samej nocy nastąpiło automatyczne zalogowanie się do mojego facebooka po wylogowaniu się przez Blu, czego Śledź nie omieszkał wykorzystać w niecnym celu. Ja się tam cieszę, bo może okej, „mój” wpis na tablicy był pikantniejszy niż „zmoczyłem się w nocy :/”, ale zdecydowanie żywszą dyskusję wywołał oraz zebrał więcej lajków. Mleko, ludzie Cię nie lubią! 😀 Wszyscy rozłożeni na łóżkach oglądaliśmy jakiś polski film o bezrobociu („zbieram złom, nie widzisz ku**a?” w nim było :P), który był tak przygnębiający jak nudny, co zaowocowało powszechną sennością. Senność tę później ciężko było zorganizować i skierować na właściwe tory, a ściślej rzecz ujmując – łóżka. Bez problemu zasnęliśmy z nadzieją na lepsze jutro. Bo jutro jedziemy do Suwałk, a zatem kolejne zadupie (po Bogatyni; pisząc zadupie, mam na myśli narożnik Polski) będzie zaliczone! 😀

Reklamy

100Lica & Biały100k

Warszawa, ach Warszawa! Największe miasto w Polsce, wielu trenujących od wielu lat i poza tym że to stolica, to miasto jak każde inne. A jednak inne niż wszystkie, bo w żadnym innym miejscu nie mieliśmy takich problemów z załatwieniem noclegu 😉 Na szczęście z pomocą przyszedł Remol (Siedlce) wynajmujący wraz z dziewczyną kawałek piwnicy na Kabatach. Pozwolili nam się rozłożyć na karimatach, ale ostrzegli, że rano idą do pracy, więc nie pośpimy. Spoko, też fajnie! 🙂 Zanim jednak udaliśmy się na Kebaby, próbowaliśmy rozłożyć namiot Mleka (że niby test :D), obskakaliśmy lajtowo Pajaca Kultury, a przy zejściu do Meteora Śleć, Mlek i Er wesoło bawili się na zjeżdżalni pomiędzy ruchomymi schodami. Ostatecznie wylądowaliśmy w jedynej linii undergroundu w kraju, na każdej ze stacji układając rapowe wersy o dzielnicach 😀 Są i one – Kabaty! A na stacji jest i on – Remol! 🙂

Zaprowadził nas do swego gniazdka, zapoznaliśmy się z jego lubą i po ustaleniu kto gdzie śpi oraz o której mamy wracać, ruszyliśmy na nocny podbój Warszafki. Nie szło jednak ominąć Tesco, które może i ma niektóre niskie ceny, ale jakoś zatęskniliśmy za Biedronką… 😀 Ponowna podróż tubą, wysiadamy pod Arsenalem i ogarniamy jak niby dojść na Krakowskie Przedmieścia? Ja od razu mówiłem, że to będzie gdzieś pod Krakowem i że trzeba wsiąść na Kleparzu w podmiejski i że to będzie śmieszne… Nie, nie było. Korzystając z Mleka jako przewodnika (ot, był już w tym roku w Wawie 😉 dotarliśmy pod Pomnik Nieznanego Żołnierza (przypomniały się teksty z Johnnego Bravo :D), a następnie pod dom tego, którego dobrego imienia nie wolno bezcześcić. Nie mówię tu o Bogu, tylko Bronku, tak gwoli formalności 😀

Na miejscu zastała nas nieduża, ale wciąż żywa próbka tego, co się działo w tym miejscu mniej więcej w lipcu/sierpniu 2010. Krzyż portable, coś na wzór mszy odprawiane przez świeckiego dziadka, przenoszony z miejsca na miejsce (żeby legal był) namiot-baldachim z ulotkami (dla wybranych!) i jakaś sprzeczka asekurowana przez Straż Miejską grupki niewiele starszych od nas ludzi z tymi wiele starszymi. Bardzo ciekawe zjawisko… zaiste. Jak się jednak okazało, to naprawdę była próbka… Nieco bardziej się rozluźniliśmy, gdy pojawił się polski naśladowca Remiego Gallarda, znany z YT jako SpiderMan czy zapaśnik sumo na małym rondku. Tym razem przebrany za kibel posłużył Mlekowi do załatwienia paru (w sumie jednej) spraw, a nam dostarczył „polewkowego” materiału 😀 I tak spacerując dalej po 60-letniej starówce, w tym po ruinach murów (znanych z RBCR i oczywiście famous Black Town :D), zaszliśmy na duże, remontowane schody tuż koło Placu Zamkowego. Ilość rusztowań na wielu poziomach mocno zainspirowała Jacka i Adaśka, którzy śmiało pokonali budowlane ogrodzenie. Za nimi reszta, choć z mniejszą śmiałością, która jednak po chwili zamieniła się w „wyj**ne, mam wakacje” i całkiem fajny, szybki trening na przypale 🙂 Na szczęście był Blu, który ciągle przypominał nam o przypałowości oraz kończącym się czasie na spokojny powrót metrem. Na jego szczęście, był z nami i uspokojony słowami „na pewno są nocne autobusy” jakoś odpuścił 😀 Zabawa w końcu się znudziła, co tam Jacek chciał mieć nagrane, to miał i zawinęliśmy się do Remka. Na miejscu, zgodnie z obietnicą zostaliśmy uraczeni jajecznicą 🙂 Jeszcze tylko kolejka do mycia, pogawędki, ścielenie karimat i w końcu gdzieś po 2:00 zgasiliśmy światło. Nie oznaczało to oczywiście końca rozmów i bań, czym może wkurzyliśmy naszych gospodarzy, bo o 7:00 wstawali do pracy.

Z rana podnieśliśmy się z nimi, a i tak nie mając nic na śniadanie, w miarę sprawnie wyszliśmy w stronę Tesco celem jego zakupienia. Przypomnieliśmy sobie datę dnia tamtejszego tj. 10 sierpnia 2011. Słownie: dziesiąty. Dobitnie: DZIESIĄTY! :O To co? Nie ma czasu na żarcie, jak mamy kawał drogi, by dostać się pod Pałac! Ruszyliśmy żwawym krokiem, metro elegancko, bez korków przeleciało pod miastem i wysiadając tam, gdzie wieczora poprzedniego, ruszyliśmy prosto na Suburbs of Krakow. W ostatniej chwili! Gdy tylko wyłoniliśmy się z przecznicy, naszym oczom ukazał się tłum wylewający się z kościoła i prowadzony przez – jak zgadywaliśmy – samego Prezesa! Początkowo jakoś niemrawo ruszyliśmy w jego stronę, co z perspektywy czasu było „błędem”, bo straciliśmy szansę na więcej zdjęć czy wyjątkowych ujęć 😛 Chociaż… to chyba nie był Śledziowy dzień na nagrywanie, bo myśląc, że daje record, wyłączył nagrywanie, gdy Jarosław wsiadał do swojej Bety serii 7. Na szczęście mi udało się strzelić parę fot reportażowych plus jedną, perełkę – Kaczora patrzącego się prosto w mój obiektyw! 😀 Po wysłuchaniu modlitw, przeczytaniu haseł na transparentach i ogólnie nasiąknięciu bardzo nieprzyjemną atmosferą tam panującą, pomaszerowaliśmy pod pomnik jakiejś Wazy, gdzie wcięliśmy nasze śniadanie. Rozmawialiśmy jeszcze o tej aurze, o tym że przynajmniej ja, Śleć i Blu mieliśmy niezależnie od siebie te same doznania. Jakiś strach, niepewność… dziwne. Może podświadomie, pamiętając obrazki sprzed roku, obawialiśmy się podobnych scen teraz? A może faktycznie jest coś takiego, że gdy zbierze się grupa ludzi pełnych nienawiści, dookoła nich „coś wisi w powietrzu”? Fajnie zetknąć się z sytuacją, która zmusza nas do myślenia o czymś innym niż parkour, autostop, żarcie i spanie 🙂

„Coś” faktycznie wisiało w powietrzu, ale tym czymś były chmury, już nie takie obce, a wręcz dobrze nam znane już po połowie tripa. Korzystając z biletów całodobowych i w ogóle faktu bycia w Wawie oraz nie nastawiając się na trening, ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwszym celem – Łazienki. Tam, po odwiedzeniu amfiteatru, rozmowach z Panami Pawiami oraz przeczekaniu deszczu zaczęliśmy rozważać opcję trena. Dzień wcześniej na fejsie PKU obczailiśmy miejscówkę mini-Vauxhall i dzięki smsowym wskazówkom Polkina i Radosia zawitaliśmy na nią. Zgodnie z ostrzeżeniem Remola – okazała się być Sprężynowym spotem z niskimi i nieodległymi murkami. Początkowa nuda, zbieranie się do każdego nieco większego skoku oraz przeszkadzanie sobie nawzajem ustało, gdy we czwórkę (bez Blu) zaczęliśmy bawić się w berka. Chwilę potem Niebieski do nas dołączył i przynajmniej 2 godziny zajęła nam ta kształcąca zabawa. Kształcąca choćby dlatego, że uciekając nieraz stawialiśmy tak pewne kroki i oddawaliśmy takie skoki, nad którymi „normalnie” byśmy się chwilę zastanawiali, skupiali. Tu – nie ma czasu, a na dodatek są jeszcze inni, też uciekający, więc popracowaliśmy nad instynktem zaledwie kilka razy spadając przez błąd w sztuce czy zderzenia w locie 😀 Dobry tren, dobry tren, więc może coś jeszcze zwiedzimy i na Szolca? Spoko, to do Sejmu! 😀 Bez większych problemów dotarliśmy tam, gdzie dociera kasa z naszych podatków. Nie spotkaliśmy jednak nikogo ciekawego, zapewne z powodu wakacji. Jeszcze tylko grupóweczka i można spadać. W drodze na metro poszukiwaliśmy jedzenia jednak drożdżówki po 3,20 utwierdziły nas w przekonaniu, że jeszcze wytrzymamy. O, autobus. Podjedziemy te 2 przystanki. W momencie wysiadania dla Śledzia skończył się dobry deń, bo całej trójce wspaniałych, którzy poprzedniego dnia przyjechali jako pierwsi, 10 minut wcześniej wygasł bilet dobowy. I tak chcieli kupić jednorazowy, ale przez brak drobnych nie udało im się to. Niepowodzenia świadkiem był kanar, który dopadł Adama przy wysiadaniu. Ja i Blu bezpieczni, ale z zagrożonym Mlekiem niepewnym krokiem oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia. Niepewnym, bo z jednej strony i tak nie pomożemy Śledziowi, a najwyżej zaszkodzimy Mlekowi, a z drugiej głupio kumpla samego zostawić. Wybraliśmy pierwszą stronę, przy czym po chwili ostrzegł nas Er, żebyśmy wybrali ją bardziej zdecydowanie i widzimy się pod Pałacem. Jako rzekł, takożeśmy uczynili i ponownie w komplecie siedzieliśmy pod radzieckim darem rozkminiając co dalej. Śledzia dopadło poczucie braku sensu tripa, ale szybko ustaliliśmy że 120 zł na 5 osób rozłoży się całkiem znośnie i nie jest sam ze swoim problemem 🙂

Mleko postanowił spotkać się ze swoim kuzynem, więc rozstaliśmy się z nim w centrum i pojechaliśmy na Imielin. Cel: słynne Multikino i szkoła zwana Szolcem. Pogoda zdecydowanie się ogarnęła, co dało nam warunki do trena. Warunki zewnętrzne spełnione, tylko coś wewnętrzne nawaliły i bez większej mocy lekko poskakaliśmy po wspomnianych miejscówkach. Na koniec dołączył do nas Mleczny Start i po kilku próbach wkleił całkiem niezłą maupkę do preca, nad którą Jacek męczył się znacznie dłużej. Bezskutecznie 😛 Biorąc pod uwagę odległości do pokonania tego dnia, czasy odjazdów pociągów itp. zebraliśmy się do Remola celem zabrania rzeczy. Tam pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy za gościnę, a następnie zgodnie ze wskazówkami mlecznego kuzyna przemierzyliśmy miasto lądując w (na) Warszawie Wileńskiej. Stąd kolejką wśród Andrzejów do Zielonki, gdzie czekał na nas Rafał – kolega kuzyna naszego kolegi czyli Mleka 😀 Tenże ugościł nas zupą ogórkową i makaronem w masakrycznie wielkim domu. Trochę zmęczeni, bez większych ceregieli położyliśmy się spać gdzie popadło, bo jutro… jutro odwiedzamy Kononowicza! 😀

Mimo usilnych starań wczesnego wstawania i szybkiego zbierania się, znowu wylądowaliśmy na wylotówce koło 11-12:00. Ale zanim to nastąpiło, czekała nas przeprawa przez resztki (całkiem spore) aglomeracji warszawskiej. W tym celu podjechaliśmy kilka stacji do przodu, wysiadając na pierwszej za słynnym Wołominem i jednocześnie ostatniej w miarę blisko krajówki na B-stok. W miarę blisko okazało się być na tyle daleko i na takim zadupiu, że zeszło z nas powietrze. Mając w perspektywie kilka kilometrów marszu oraz gęste chmury nad sobą nie byliśmy szczególnie pozytywnie nastawieni. No ale! Kto nie ryzykuje, ten nie je. Dlatego ja i Mleko jako pierwsi zeszliśmy z wygodnego chodnika po lewej stronie, a przeszliśmy na pobocze po prawej i z niedbale wystawioną lewą łapą próbowaliśmy coś łapać idąc. Zadziałało! 🙂 Zatrzymał się emerytowany tirowiec w Yarisce. Była na tyle mała, że nie udało nam się wziąć dodatkowo np. samotnego tego dnia Blu. Powodem tego braku miejsca początkowo był pies. Pies bardzo towarzyski, w moment znalazł się na moich kolanach, choć siedziałem z przodu i z plecakiem między nogami. W pewnym momencie zwierzem zaczęło miotać w sposób, jaki znam z doświadczenia z moim jamnikiem, gdy pożre sobie trawy… Psiak zerzygał się elegancko między fotel, a drzwi i na szczęście jakoś mnie tym ominął. Zmienił pozycję i był spokój. Przejechaliśmy obok rezydencji prezydent Warszawy – HGW, dawniej będącej jednostką (para)wojskową zagłuszającą radio Wolna Europa. Spokój z psem nie trwał długo, bo gdzieś 300 m za rezydencją znowu nim (wy)miotnęło i znów udało mi się skierować strumień na podłogę, a nie na nogę 😀 Po tej akcji pan podwoźnik wyrzucił psa z auta mówiąc, że pobiega (pies) po lesie, a jak będzie wracał (pan) to go zgarnie. Chwilę później byliśmy już na stacji benzynowej przy… drodze ekspresowej. Ale spoko. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że chłopaki też dotarli do Eski, tylko jakieś 2 km od stacji. Trudno, atakujemy coś 🙂

Dobranie się z Mlekiem na owianą złą sławą trasę było taktycznie dobrym posunięciem. Wpadłem na pomysł zagadania do tirowca, by przynajmniej krzyknął o nas na CB, jeśli nie może nas dwóch wziąć. Fart Mleka zadziałał – okazało się, że tirman czeka jeszcze na kolegę z drugiej ciężarówy i zaraz ruszają obydwoma wehikułami kilkadziesiąt kilometrów w naszym kierunku. No to kozak. Trzeci raz w życiu jazda TIRem 😀 Ponownie z Mlekiem zobaczyłem się już na miejscu, czyli następnej stacji. Ten oczywiście zgłodniał, więc wyjął puszkę, sporka i wypatrzyliśmy stoliki przy sklepie. Ledwo podnieśliśmy plecaki, zatrzymał się przy nas gość z pytaniem „dokąd to jedziecie?” i nie dadząc nam zjeść wywiózł nas kolejne kilkadziesiąt km do przodu 🙂 Wylądowaliśmy w miejscu, w którym już był czas na jedzenie, sikanie, kilkanaście serii pompek, kilka sprintów po poboczu i wieeele ziewnięć z nudy. Ponadto zrobiło się dość zimno, co potęgował wiatr. Znowu sobie coś obiecałem – w Białymstoku idę do ciucholandu i kupuję najtańszy polar, bo podobno na Mazurach też zimno, więc na pewno się przyda. I czasem dobrze być niekonsekwentnym, bo nie przydałby się 😀 W końcu jednak zatrzymał się VW Sharan, a w nim… Człowiek-Trip. Gość mając 16 i 17 lat wraz z kumplami tak zjeździł stopem Europę, że mając 18 stwierdzili, że im się znudziła. Z $700 w kieszeni ruszyli więc na wschód i choć nie opowiadał szczegółów, to zapamiętałem hasła: Rosja, prawie Japonia, bo brakło coś kasy, Indie, Pakistan… Opowiedział też o swoim koledze z tamtych lat, który niedawno tak wkręcił się w pracę, że potrzebował resetu. Żonaty, dzieciaty i bogaty gość rzucił wszystko i wypruł gdzieś na 3 miesiące. Awesome, ale wolę nigdy nie dojść do takiej ściany 😉 Z Człowiekiem-Tripem dojechaliśmy do samego Białegostoku, gdzie wysiedliśmy pod Akademią Medyczną mieszczącą się w dawnym Pałacu Branickich. Zmęczeni, niewyspani i trochę zgnieceni niskim ciśnieniem rozłożyliśmy karimaty na trawce pod murkiem i czekaliśmy na resztę jeszcze przez około godzinę. Gdy tak się już zebraliśmy, zgodnie wyśmialiśmy sami siebie i banie nakręcane znikąd na temat autostopowego stopnia trudności trasy WWA-Białystok. Kolejna nauczka, choć może nawet nauka, gdy podciągnąć to pod ogólny schemat nie robienia z igły wideł, gdy się nie ma o czymś pojęcia 🙂

Na powitanie przyjechał Tomek wraz z kolegą. Zaproponował trening oraz przechowanie rzeczy w aucie. Jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać, w jakich warunkach itp. ale trochę to olaliśmy – mamy wakacje 😉 Osiedle Na Piaskach (Piaski?) okazało się być bardzo fajną miejscówką do różnych skoczków. Tomek w tym czasie odwiózł nasze mandżury do siebie, zjadł coś itp. i gdy już opadaliśmy z sił, dołączył do nas z nadzieją na wspólne skakanie. Znowu zawiedliśmy tubylca 😀 Mimo to zaprosił nas do siebie na noc, przestrzegając od razu przed swoją babcią. W drodze do domu nie obeszło się bez odwiedzenia Biedry, w której to zostaliśmy uprzedzeni, że „coś tam mama ugotuje” i że nie musimy kupować wiele żarcia. Jak zwykle nie posłuchaliśmy. Po drodze zajechaliśmy na Trawiastą podziwiając w ciemnOooOOOOości prezentowane skoOOOooOoOOOOczki 😀 Na miejscu czekały nas kolejne ostrzeżenia i wskazówki jak przejść obok drzwi babci, by nie zostać przezeń zaczepionym. Babcia has poked you. Nobody likes it… Szczęśliwie cała ekipa dotarła na samą górę dużego domu, gdzie już roznosił się zapach… coś jakby kotlety? Nie może być. A jednak! Ciężko powiedzieć gdzie indziej nażarliśmy się tak, jak u Tomka. Nie chcemy oczywiście dewaluować zasług rodziców Nety czy Miśka czy wszystkich innych gospodarzy 😉 Ostatniego schabowego wcinałem z czystego łakomstwa, nie mając już miejsca w brzuchu ani odpowiedzi na pytanie „je ktoś jeszcze?”. Ogólnie wyrobiłem sobie pewną teorię o gospodarzach przerażonych najazdem kilku chłopa, na wszelki wypadek przygotowujący jedzenia tyle, żeby na pewno nie brakło. Cóż – zrobić tyle jedzenia dla tylu ludzi, którzy naładowani do granic i tak muszą zostawiać coś na stole – respect 😀 Zebranie się do spania nie poszło nam szczególnie trudno, zwłaszcza, że wszyscy mieli opcję spania na łóżku 🙂 Jutro ma być dobry deń i niech takim będzie. Dobranoc 🙂

Lubelski Full

Wracamy z relacją! Obecnie jesteśmy w Gdańsku (taaa. teraz to już w domach :D), czyli u celu naszej podróży dlatego mamy też czas na pisanie. Wcześniej bywało naprawdę ciężko, bo całe dnie na mieście, a wieczorami… też się działo 😉 Ostatnim razem zatrzymaliśmy się na nocy między Krasnymstawem, a Lublinem, więc dziś tym startujemy.

Pożegnalne śniadanie po raz kolejny okazało się czymś więcej niż moglibyśmy sobie wymarzyć. Mnóstwo sałatek, szynki, chleba, zupy i innych przysmaków, które nadają tripowi miano „na bogato”. Wyjście na wylot trwało standardowo długo, choćby dlatego, że Neta zapomniała o darmobusie jezdżącym do centrum handlowego pod miastem. W nim kolejny opóźniacz – zakupy prowiantu na drogę i około 11:30 stajemy wreszcie na długim, szerokim poboczu – w sam raz dla 5 osób. Pierwsze złapanie – Śledziu, zgarnia mnie i Mleka, ale nie do samego Lublina, tylko gdzieś niedaleko od niego. Chwilę później kombiasty passat wziął Blu i Netę. W trasie zrobiliśmy podmianę i zamiast Nety jechałem ja z Mlekiem, a Śleć łapał dalej z krasnostawską dziewoją. Tym też udało się dość szybko mimo remontu drogi i ciężkich warunków do zatrzymania sie i niedługo po tym wszyscy spotkaliśmy się na stanowisku 10 dworca PKS w Lublinie.

Skontaktowaliśmy się z lokalnymi chłopakami poznanymi na Ślęży i po poszukiwaniach przystanku ułatwionych przez uczynnego przechodnia, jedziemy do Arasha zostawić rzeczy. Mleko zostawił w lodówce podróżujace z nim od Zamościa parówki i dżemor, a następnie wyszliśmy na kolejny autobus, tym razem na miejsce treningu – Czuby. Zmęczeni dobrym trenem dnia poprzedniego postanowiliśmy zrobić pierwszy chill day. Patrzyliśmy na skoki chłopaków, wymyślaliśmy czego byśmy to nie zrobili i gdy tubylcom się znudziło – przenieślismy się na starówkę. Ta okazała się być bardzo ładną. W szczególności do gustu przypadł nam Plac po Farze, na którym skakanie po ruinach umilał nam koncert pod Zamkiem.

Dobra, jedziemy do Miśka. Najpierw jednak trzeba wrócić po mandżury, ale oczywiście na pierwszym miejscu – wizyta w Biedro. Już u Arasha, czekając na Krzyśka, pozwoliliśmy sobie na jedno szybkie piwko, a następnie zabraliśmy się na dworzec. Tam chwilę nam zajęło ogarnięcie transportu do Kurowa, ale ostatecznie się udało i za 5,50 zł przemierzamy busem podlubelskie tereny. Na miejscu powitał nas Misiek z psem i obaj zaprowadzili nas do sklepu tuż przed jego zamknięciem. W domu naszego koleżki zostaliśmy ugoszczeni zupką i bigosem, co uciszyło nasze burczące brzuchy. Jeszcze tylko prysznice, facebooki, you- i redtube’y i można się przewozić do Kanciapy. Ta z kolei okazała się być starym, wiejskim domem, który chłopaki przerobili na hardcore’ową (dosłownie) miejscówkę o ścianach pokrytych styropianem pożyczonym z budowy naszego ulubionego sklepu 😀 Na styropianie zaś wszelkimi markerami i sprayami wypisane były najróżniejsze mądrości i głupoty tworzone przez licznych gości i imprezowiczów. Nie mogło być inaczej i nas także odwiedziła Banda Łysego, która po powrocie z polowania na kebab zasiedziała sie gdzieś do 2 w nocy utrudniając skutecznie zaśnięcie wszystkim, z wyjątkiem Śledzia. Tej nocy doświadczyliśmy też przygody z netem, której opisywać nie chcę, ale ot dla nas tylko o niej wspominam, żebyśmy po latach mieli co wspominać 😉

Rano to znów transport do domu Miśka, ogarnianie się i nakręcanie na… żółte rurki samoróbki! Te z niewyjaśnionych przyczyn nie zaabsorbowały nas tak, jak myślelismy. Jakieś tam lachy, jakieś obroty, parę salt i w sumie jedyny godny uwagi mlekowy trick – palm drop. Następnie udaliśmy się na zwiedzanie Kurowa i pobliskiego lasu, a wracając z niego, pożegnaliśmy się z Kendo, Krzyśkiem i Markerem wracającymi do Lublina. W sumie był to kolejny chill day, ale dobra, jutro przyjeżdża Er i będzie gruby tren na mieście!

Śleć:
W poniedziałek względnie rano wsiedliśmy w busa do LBN. Mając Czuby za sobą zaczeliśmy od wspomnianej starówki – tym razem zamku (nie do końca pamiętam jakiego). Kilka murków i schody, dość skutecznie nas zaabsorbowały, więc zaczeliśmy długą rozgrzewkę, której finiszem okazał się być zimny prysznic z nieba. No nie, dwa dni zajebistej pogody, a jak wreszcie mamy siły skakać nakurwiają żaby. Nie łamiemy się jednak, gdyż wiem, że lada chwila ma dojechać do nas Er. Postanowiliśmy, że wspomniany jest na tyle ogarnięty i w ogóle ze wsi nie jest, że dotrze do nas po pisanych instrukcjach. W między czasie zmieniliśmy miejscówkę, a Er bez wiekszych problemów do nas dotarł, a wraz z nim kolejna porcja deszczu. Zanim jednak zaczął on padać zdąrzyliśmy chwilę przyskakać po donicowych murkach. Wraz z deszczem postaanowiliśmy, że dajemy sobie siana z treningiem i idziemy zwiedzać miasto – oczywiście po naszemu, czyli wąskie uliczki, bramy, kościoły w czasie mszy itd. W ońcu przypadkiem znaleźliśmy górę piachu, która niespodziewanie okazała się być miejscem wyjętym wprost z rosyjskich produkcji friranerskich. Atmosfera oczywiście nam się udzieliła, przez w tym miejscu odbył się najgrubszy trening podczas naszego pobytu w Lublinie. Saltynie przeróżne, przez fronty, sajdy, po beki i corki, na invardach kończąc. Z saltowego transu wybił na pan brzuch, który domagał się kolejnej dostawy taniego żarcia biedronkowego. Nie kłócąc się z owym, przez brak rzeczowych argumentów, ruszyliśmy w stronę Biedry, mijając po drodze sklep bardzo specjalistyczny, z opisywanych usług nie zrozumieliśmy nawet jednak słowa. Po napełniu kichy, postanowiliśmy wracać do Kurowa, do którego busy wcześniej ogarnął nam Blu 😀 Wsiadając do busa, zostaliśmy po raz kolejny pożegnani przez deszcz, tego dnia już na dobre. U miśka czekały na nas kiełbaski i grill. Sępową metodą zjedliśmy ile się dało, wypiliśmy kilka piwek i ruszyliśmy samochodem w stronę miśkowej kanciapy. Wraz z przyjazdem Era, miejsce w i tak już małym samochodzie uległo wyczerpaniu, na co rzecz jasna znaleźliśmy sposób w naszym stylu. Er jechał w bagażniku, reszta cisneła się na tylnich siedzeniach. Na miejscu mimo kolektywnej senności spróbowaliśmy nagrać kolejną relację, która ostarecznie okazała się niewypałem, jednak pozostawiła po sobie kolejną mlekową pamiątkę. Później zaczeło się rzucanie puszkami i generalnie czym się da w kogo się da, co skutecznie rozbudziło amtosferę. Być może aż za nadto. W końcu oberwało się Blu. Dostal puszkami, a gdy wyszedł się załatwić, w jego łóżku wylądowała magnezja. Rozwścieczonym tym faktemu Blu postanowił nas opuścić o godzinie 2 a.m. co dość mocno nas zaniepokoiło. Wraz z akte ruszyliśmy na bezowocne poszukiwania. W głowie mej i aktego zaczeły się jawić podobne emocje do tych sprzed roku, gdy zniknął nam misiek, choć nieporównywalnie mniej natężone. W tym właśnie momencie do kanciapy wszedł ucieszony Blu, który stwierdził, że nie mógł odebrać telefonu bo…. biegał 😀

Po ciężkiej nocy nastał dzień, w którym postanowiliśmy udać się w kierunku stolicy. Rano standardowo śniadanko i wypad na wylot i tu niestandardowo samochodem Miśka. Podzieliliśmy się na grupy Er, Mleko; Akte, Blu i ja jak samotny wojownik.
Znowu AKTE:
Wylotówka z Kurowa wyglądała dość przyjaźnie, bez wielkich prędkości, ale też bez mnóstwa aut. Ot kolejny dzień w trasie, przy ładnej pogodzie. Zaniepokoił nas jedynie samotnie podróżujący… rzep. Gość atakował mocno na Zachód, w klapkach i z plecakiem ~30 litrów. Ponadto najwyraźniej bez kasy, bo się do nas czepiał o jakąś i wypytywał jak się żywimy. Ha. Na bogato! 😀 W każdym bądź razie miano „rzepa” bardzo dobrze do niego pasowało, bo nie chciał się od nas odczepić i chyba 3 razy udawało nam się go odgonić od siebie pod pretekstem „we trzech to na pewno nic nie złapiemy”. Interesujący był także Pan Żul, dokładnie taki sam jak koledzy po żulowskim fachu z youtuba czy innych meneli.pl. Prowadził on rower (przepisowo, po lewej stronie jezdni) w sposób co najmniej wskazujący… Na problemy z kierownicą oczywiście. W pewnym momencie zdaje się, że popełnił przestępstwo, bo na swego bolida wsiadł. Tak przypuszczam, bo z migawek pamiętam go leżącego w rowie z rowerem. Nad nim stał Rzep oraz kierowca osobówki, która cudem uniknęła potrącenia go oraz skasowania bagażnika przez TIRa. Niebezpiecznie na tych drogach! :O

Niebezpiecznie i bywa ciężko. Blu kontynuował gównianą passę dojeżdżania jako ostatni, a ja będąc jego naziemnym opiekunem, passę (czy wręcz pasję) tę dzieliłem. Przenieśliśmy się na „fajną” zatoczkę, która ostro (dosłownie) dawała nam się we znaki po każdym przejeździe większego auta miotając w nas kurzem i piachem jak szatan. W końcu udało nam się podjechać z młodym małżeństwem paręnaście kilometrów do jakiegoś zajazdu. Z perspektywy czasu widzę jasno – tam był ZNAK. Pierwszy znak… Mianowicie odchodząc od zaparkowanego auta wpadłem w panikę „nie mam telefonu!”, po której wstąpiło we mnie ogarnięcie i „eee, poczekajcie chwilę, bo chyba mi wypadł telefon w aucie!”. Zaiste. Z kieszeni postanowił wypełznąć między siedzenia. Uff. Ale by było. Tak nie mieć telefonu… Dobra, jedziemy! (Nie)długo potem jechaliśmy z mającą ok 26 lat życia za sobą i 3 miesiące prawa jazdy Gosią. Gosia zupełnie nie wyglądała na świeżo upieczoną kierowczynię, bo zapi***lała jak ta lala 😀 A spieszyło jej się do Mińska Mazowieckiego (w którym to Lichot nie mógł nas przenocować!), więc zmieniliśmy nieco trasę, bo ta też wydała nam się dobra. Czas nam mijał na ciekawych metafizycznych, filozoficznych i ogólnie mądrzejszych niż „a to biorą na stopa? a gdzie śpicie? a skąd jesteście” rozmowach. Niedługo po tym, jak zaczęliśmy rozkminiać „co to jest byt?”, musieliśmy się pożegnać pod Carrefiutem, jak podwożąca nazwała sklep. W nim postanowiliśmy skorzystać z łazienek (podwarszawskich w końcu) i zaszyć dziury w całym. Tzn. w pokrowcu od namiotu. Moje zdolności krawieckie oraz majtki Blu pozwoliły odpowiednio wyleczyć oraz zapobiec występowaniu problemu w przyszłości. Żwawym krokiem przeżuwając żuchwą fasolę czerwoną stanęliśmy w eleganckim miejscu – zatoczka autobusowa 100 m za rondem.

Ponownie trochę czasu minęło nim zatrzymał się czerwony Seat z… no właśnie. To były takie typy, których się spotykać nie chce ani na stopie, ani na ulicy, a najlepiej w ogóle. Najpierw myślę spoko – „Podrzucimy was kawałek, ale za 2 piwka”. Czemu nie? 🙂 A choćby dlatego nie, że z rozmowy wynikło, że piwka to im się chce, bo wcześniej sobie przypalili zielone co nieco. Dlatego też, że brakowało pasów z tyłu… chociaż przy tych prędkościach to chyba lepiej przelecieć 100 metrów niż zostać w puszce 😛 Z kolei gdy dojechaliśmy prawie do celu podwózki, a naszym oczom ukazał się stojący korek, sprytny drajwer postanowił zawrócić i mimo moich zapewnień „tu jest git, byle przy krajówce” wywiózł nas na stację kolejową. „No, tu macie co 30 min pociąg. Jak ulgowy to 8 zł wam to wyjdzie”. A sp***dalaj 😛 Kupiliśmy im te Królewskie, poczekaliśmy aż odjadą udając, że ogarniamy rozkład i ruszyliśmy pieszo przez Dębe Wielkie. Teraz jak to piszę, to moja Agnia opowiada mi swoje historie związane z tymi regionami. Też poryte 😀 Wracając jednak na trasę, obserwowaliśmy bacznie niebo. Na nim kłębiła się chmura czarna jak… piekło! :O Myślimy – e, lajcik, przejdzie bokiem. A gdzie! Stojąc przy remontowanej (stąd korek i ruch wahadłowy) krajówce, w słaaabym miejscu, przeżyliśmy dość mocne deszczobicie, a ja po raz kolejny przysiągłem sobie – muszę kupić jakikolwiek wór przeciwdeszczowy. Chmura poleciała, bo taka jej natura. Pojawiło się słońce, a z nim… tęcza! 😀 Pozytywny akcent negatywnego dnia 🙂 Tęcza natchnęła nas do marszu ku lepszemu miejscu, które po ponad godzinie zaowocowało stopem już prosto do Wawy. I znowu przełamanie „zasad” – młode małżeństwo, a w foteliku… niemowlak. Albo mowlak, ale spał całą drogę 😀 Przez głowę rodziny zostaliśmy uraczeni opowieścią jak to na trasie WWA – Białystok utknął w nocy w lesie, co podbudowało nasze lęki związane z tą prostą (także dosłownie) drogą. Jadąc wzdłuż trasy tramwaju zastanawialiśmy się jak nim dotrzeć pod Pałac Kultury, gdzie czekała już trójka koleżków. Szybki desant na światłach, by zdążyć na wyprzedzoną 9tkę, chwila jazdy i jesteśmy w centrum Stolycy! 🙂

Co się działo tego popołudnia oraz wieczora i nocy… już niedługo! Brzmi zachęcająco, co? O ile w ogóle ktoś to czyta… 😀

EastEND


Suwałki


Ruciane-Nida


Ostróda


Gdańsk


Gdynia

Jesteśmy na PZP. Mleko mocno liznął atmosferę zlotu, jest wręcz na językach, ale mniejsza 😀 Skończyliśmy tripa i jest git! 😀 Dzięki wszystkim przyjmującym nas za mega atmosfere i zajebistą gościnę 😀 Relacja jest w drodze i na bank za jakąś chwilę będzie.

JaroJaro & WhiteSki

Tłumaczyć się nie będę, co prawda jest z czego, ale chuj. Wpisów na razie nie ma, ale będą, staramy się coś skrobać, a przynajmniej notować na bieżąco. Na ten moment mamy za sobą przygodę z Jarosławem w Warszawie i mega zajebistą gościnę u Tomasza w Białymstoku, gdzie jedliśmy lepiej niż w domu 😀 Teraz, zaś siedzimy w Suwałkach po lajtowym przejeździe z Białego. Dziś megatren, a jutro wypad na mazury, potem już tylko PZP. See ya! 😀

Swoją drogą, więcej zdjęć i krótkie notki naszym facebooku – http://www.facebook.com/TEAMcheapTRIP

Olegurów

Jesteśmy w Kurowie u Miśka. Chilling i łasuching od dni dwóch. Zdążyliśmy zwiedzić Lublin i ogarnąć olegowe rurki kurowskie. Jutro ekszyndej, dlatego też zapowiada się na burze 😀 Coś więcej zapewne też jutro, z dodatkiem sEra 😀

Krasny Strumyczek

Kaktus:

Pobyt u Nety dobiega właśnie końca, ekipa ogląda „Mulholland Drive”, a mnie naszła wena pisarska. Jak do tej pory nasz trip mozna określić jako „CheapTRIP – na bogato!”, bo bez przerwy jesteśmy najedzeni podsuwanymi pod nos tonami pysznego jedzenia. Szczególnie ostatnio, u Nety, pod koniec posiłków nachodziła nas refleksja „znowu przegieliśmy, nie powinniśmy tak dużo jeść”. Polska gościnność rox 😀 Ale wróćmy kilkadziesiąt godzin wstecz, gdy po „krótkim” marszu (pamiętajcie – na wschodzie blisko bywa dalej niż daleko :D) o 10:50 stanęliśmy z kciukami wystrzelonymi w niebiosa na wylotówce z Zamościa.

Podzieliliśmy się na pary Śledź i Mleko oraz Blu ze mną. W dość dogodnym do łapania miejscu, jakie zaklepałem z Niebieskim, a jakim był przystanek autobusowy, akurat wypompowywano ścieki czy inny gnój. Na szczęście złapanie dużego vana zajęło nam około 15 minut, a po przejechaniu 300 metrów i uporządkowaniu tylnej kanapy, do wozu dosiedli się SLD i MLK. Jedziemy prosto do Czerwonej Sadzawki! 😀 Pan uraczył nas miłą pogawędką i wysadził na początku miasta, akurat przy mini skateparku, który dnia następnego okazał się być naszą pierwszą miejscówką. Po spotkaniu z aNetą przeszliśmy kawałek (przypominam o wschodnim pojęciu bliskości, kawałka, chwili itp.) do jej rodziny celem demandżuryzacji. Z lekkimi pleksami poszliśmy zwiedzać miasto i miejscówki. Pojawiły się pomysły, plany i oczywiście zakupy w Biedronce. Obok jednej z miejscówek rósł, a właściwie piął się ku górze chmiel, więc postanowiliśmy wskoczyć na przedpiwko. I tak sobie skakaliśmy między pędami, a Śledziu to kręcił i było tak śmiesznie że niby jak w horrorze i że tak nie wiadomo skąd co i w ogóle… aż się skończyło bo dużo było nieobrośniętych chmielem drutów, w które wpadaliśmy co chwilę tak sobie hasając beztrosko. Najbardziej poszkodowany okazał się Mleko. On także po pewnym czasie rzucił jakże zaskakujące dla nas hasło „zjadłbym coś”, które w wyniku dyskusji zamieniło się w wizytę w pizzerii. Pozamawialiśmy 2 duże pizze i w dość długim oczekiwaniu na nie słuchaliśmy m.in. wyjaśnień Blu odnośnie wszelkich spraw astralnych, skal, wahadełek i prognoz pogody. Dla nas to już nie było tak ryjące, ale goszcząca nas dziewoja przechodziła niezły mindf*ck. W tym momencie, na myśl o słowie „fuck” uśmiecham się przypominając sobie pewne materiały nagrane podczas popołudniowego spaceru po stepach podkrasnystawskich… Na tenże udaliśmy się niedługo po odebraniu plecaków przejażdżce busem oraz dojściu do domu, w którym zapoznaliśmy się z państwem Wojtal, Yodo-psem oraz Gę-gę-gęśmi. W pokoju zastaliśmy także 3 gekony, 2 myszoskoczki i ptasznika. Małe kotki są niedostępne, bo są małe i broni ich mama-Kot. Damn it. Przynajmniej są na filmie 😀

Niewinny spacer rozpoczął się naturalnie od wizyty w lokalnym sklepie, czego owocem będą zapewne pełne jadu i hejtów plotki o 4 kawalerach u panienki Anetki 😀 Przerabialiśmy to w 2008, też na dalekim wschodzie, więc nas to nie rusza. Mamy wakacje. Po drodze zaaferowało nas bocianie gniazdo na słupie. Gniazdo oczywiście z bocianami w środku. Następnie udaliśmy się do lasu, a właściwie przeszliśmy przez niego docierając do sporego stawu rybnego. Z początku nastawieni na niewiadomo jakie freerunnerskie skarpy, a zawiedzeni widokiem piaszczystej ściezki oraz kamienistego brzegu, zaczęlismy puszczać kaczki na wodzie. W międzyczasie Krowi Produkt ponownie zgniótł nas swoją znajomością smaków wszelakich porównując smak skorupy jakiegoś… skorupiaka 😛 do czegoś innego. Też na „s”. Znudzeni kaczkami, weszliśmy na piach. Tu się zaczęły wygłupy, tańce bez muzyki, za to różnorodne gatunkowo (breakdance, dubstep), czy dzięki Mlekowi nieodłączne salta. Sam coś pokręciłem zdobywając ważny element pewności ruchu czyli dokręcanie flipów przynajmniej na kolana, bez względu na jakość wybicia i całej reszty 😀 Śledź zrobił reverse’a na ziemi, parę dive rolli, a Neta się z nas śmiała. W końcu ponownie znudziliśmy się własnymi zabawami i poszliśmy dalej. To znaczy właściwie ja, Śleć i Milch szliśmy z Goolmanem, a BluTacz i Nieta krokiem czerwonego (krasnego!) kapturka pohasali w siną dal… Dobra no, w krzaki których zoom w kamerze już nie łapał. Chwilę później z powrotem przyhasał do nas Niebieski, chwaląc się że ma nową ksywę – Komar. Nie powiem „bez komentarza”, bo akurat tych nam w tamtej chwili nie brakowało. Żaden z nich się jednak nie nadaje do publikacji. Póki co 😀 Jeszcze tylko przejście przez las… O nie! Co to?! Uciekamy! :O Wspomniana wcześniej, idąca przodem dwójka krzykiem została ostrzeżona o nadciągającym niebezpieczeństwie i bezdyskusyjnie zmuszona do biegu. Nie byliśmy jednak wystarczająco przekonywujący, bo za dużo było śmiechów, gdy już nam się udało uciec. Wiem, wiem. Ta relacja wygląda mniej wiecej tak, jak Blu opisywał nocną przygodę – aha, wiem o co chodzi. Ale kogo to obchodzi? 😀

Po wyjściu na asfalt Neta uraczyła nas niezbyt dobrym newsem – nie wiem gdzie jestem! Na szczęście niezawodne nosy detektywów doprowadziły nas prosto do domu, w którym czekała na nas pierwsza z mega kolacji, która jadłospisem przypominała obiad. Pamiętajcie – nie dawać kościom psów, bo jak gryzą, to niepogryzą dobrze. Kompletnie przeżarci posprzątaliśmy po sobie i zapewne jeszcze coś śmiesznego się działo, ale pamiętam już tylko, że włączyliśmy Harrego Pottera cz. 3, której udało nam się obejrzeć około 70%. Po tym czasie wpadł do nas Morfeusz mówiąc „Hey, guys! Come with me to my sleeping room as known as dreamland”. I poszliśmy, bo nocy poprzedniej siedzieliśmy do 2:30 nad ZMCactionMOV.

Poranek zaczął się hasłem „listwa!” rzuconym przez Mleka spragnionego kontaktu ze swym nerdowskim światem. Po kilkukrotnym przejrzeniu tablicy i zlajkowaniu czego tylko się dało, raczył zstąpić z tronu, pozwalając na podpięcie Dęs Maty. I postepowali – Neta, Śleć, Blu i przełamujący wstyd Mleko. Tak się zatańcowali, że znowu na busa zbieraliśmy się w pośpiechu. W tymże poruszeniu odkryłem, że złamało się pokrętło zmiany trybów w moim Fujiku. Fuck! Muszę je jutro rano zakleić jakoś. Dziś jakoś nie było kiedy… Whatever. Zbieram na 550D 😀 Busa oczywiście zatrzymaliśmy 200 metrów po tym, jak ruszył z przystanku, a po 20 minutach byliśmy na wspominanym skateparku. Upał plus śliskie wszystko plus jakiś dziwny brak mocy, nawet mimo użycia supli w postaci mp3 skłonił nas do zmiany miejscówki po dość niedługim czasie. Podeszliśmy na drugą stronę ulicy na „niby nic” czyli jakąś donicę o wymiarach wewnętrznych ok 5×11 stóp. Tam lokalne Andrzeje komentowały nasze skoki, jeden z nich okazał się być Tomkiem. Uraczył nas mądrością „Dziś piję piwo, jutro nie pije, wiesz jak jest”.

Kolejny cel – Biedronka, naturalnie. Lody dla ochłody, pochłonięte na schodach wejściowych, zaczepka przez miłą panią z papierosem, wspominającą stare, dobre czasy jak to piła piwo w naszym wieku i była na pierwszych Chmielakach. Wstajemy, idziemy na murki. Po drodze postój na cat to cata. Długi postój, bo ja i Mleko mieliśmy z nim spory problem, którego zaś nie miał Śleć. Jego za to uczyliśmy wbity. Żeby nie było. Na miejsce jak dotarliśmy, tak na nim zostaliśmy, wyciskając z małej, trochę rozpadającej się miejscówki całkiem sporo fajnych skoczków. Cień rzucany przez blok dodał nam sił, które pozwoliły nawet co nieco nagrać. Na koniec przekroczyliśmy bramy szkoły czy innej placówki oświatowej, na której szczególnie mnie i Mleka zainteresowała okolona murkiem piaskownica. Kręciło się fronty, sajdy, beki, aerial twisty (twistys… sorry, to przez te rozmowy po drugiej stronie pokoju :D). Po zapoznaniu się z godziną zaczęliśmy rozciąganie, a następnie marsz na busa. Po drodze sklep, bo jakżeby inaczej, a w nim zakup dziękczynnego Rafaello dla rodziców Nety. Niestety zakupy zajęły nam chwilę na tyle długą, że drogę na dworzec pokonywaliśmy początkowo szybkim chodem. Blu i Neta jako eastni ludzie, szli szybciej niż nasze szybko, ale dopóki migało nam ostrzeżenie „Nie oddalaj się od celu. Zgubienie celu spowoduje desynchronizację.”, nie przejmowaliśmy się. W pewnym momencie jednak wyświetliło się wielkie „Desynchronizacja” oraz 19:00 na zegarku, czyli jakieś 5 minut do odjazdu ostatniego busa! Podjęliśmy heroiczny trud i biegiem, we trzech, w nieswoim mieście, brnąc przez góry, lasy, pola i studzienki kanalizacyjne osiągnęlismy cel – tylna kanapa wozu. Loża najwiekszych kozaków w klasie. Od zawsze, na zawsze!

Na miejscu oczywiście czekała kolacja gotowa do wrzucenia na grillowy ruszt – kiełbaski, skrzydełka oraz dla mięsnego niejadka Blu – cukinie. Pochłonęliśmy strawę dość sprawnie i bez większych ekscesów, a przynajmniej takich, które bym zapamiętał. Kurde. Śleć coś dopisze pewnie, bo mi słabo łeb pracuje 😛

Obecnie jesteśmy po kolacji i dotarliśmy do pierwszych zdań tego wpisu. Chłopaki dają Necie wykład z terminologii pornograficznej, zapoznają ją z wybitnymi postaciami i kulisami pracy aktora tego nierozumianego przez nieco ponad połowę ludzkości (ludzkości – ludzkie kości – cmentarz! :O ) gatunku sztuki filmowej. Gatunku, wymagającego niebywałego kunsztu zarówno wspomnianych aktorów, ale także reżyserów, czy choćby operatorów. Nie można przecież trzepać (z) kamerą, a nawet najnowocześniejsze techniki stabilizacji obrazu nie powstrzymają sił natury i najpradawniejszych instynktów… Tym pornowywodem, użytym jako gwóźdź do trumny, postanowiłem zakończyć tę relację, jednocześnie zachęcając naszych fanów do śledzenia naszych wpisów, publikacji, filmów i innych w nadziei na przełożenie suchych faktów tego akapitu na mokre… Dobra, koniec. Sobota, 6 sierpnia, 1:14 w nocy, za parę godzin wstajemy i ruszamy na Lublin! 😀

Bukake, porno, Lynch

ZamośćEkszyn

Zamość Vlog

ZamojskiPart

Dzik:

Siedzimy nadal na Czarnobylskich miejscówkach, jesteśmy po trzech zajebistych treningach, z czego jeden, zrodzony z pomysłu zwiedzania Zamościa, uświadomił nas w tym, że spacer po mieście z Blu może być bardziej męczący niż kilka godzin nakurwiania gapów, preców i innych przelewków 😀 Ale po kolei, póki jeszcze w miarę ogarniam co działo się w ostatnie dni. ECT zaczęliśmy w dzień pański, który jak wynikało z doświadczeń lat poprzednich nie był zbyt przychylny stopowaniu. Tym razem prócz niechęci do nas braczy jadących z bachorami na wakacje albo tych rozkładających ręce, bo mają tylko 5 miejsc w swym mobilu, towarzyszyła nam aura z goła odmienna od tej zapowiadanej przez panie pogodynki. Z nieba waliły żaby i to momentami w takich ilościach, że zazdrościliśmy egipcjanom ich plagi. Startowaliśmy w czwórkę, więc tym razem bez problemów podzieliśmy się na dwie równe grupy. Blu ze mną (Śledziem) i Mleko z Akte. Pierwsi po godzinie moknięcia zabrani zostali Akte z Mlekiem (który, jak później się okaże, przejął farta Miśka z poprzednich lat), natomiast przede mną i Blu były kolejne 2,5 godziny walczenia z samym sobą. Muszę przyznać, że nasz zamojski traceur, biorąc pod uwagę warunki, jak na świeżaka trzymał się dość twardo. Pierwszy i jedyny moment zwątpienia przyszedł po 3 godzinach, gdy zapytał mnie kiedy dajemy sobie spokój. Cierpliwość, jak niemal zawsze w przypadku autostopowania, okazała się owocna i w końcu mogliśmy powiedzieć, że wystartowaliśmy… Może nie z bata, bo ciężko tak mówić o 5 km podwózki, ale przynajmniej momentami kusząca opcja powrotu do Krk, nie wydawała się tak kusząca, gdy dołączyć do niej godzinny marsz z 10 kg na plecach 😛 I bardzo dobrze, bo dalej poszło już dość gładko. Spod Niepołomic zabrała nas parka studentów, którzy swoimi żartami przynajmniej nieco wysuszyli nasze zmoknięte tyłki. Naszym kolejnym braczem okazał się być drobny dresik jadący gdzieś dalej na wschód przez interesujący nas w ten dzień Rzeszów. Polecił nam kilka knajp piwnych w tym mieście, jak i najróżniejsze rodzaje alkoholi, z czego moją uwagę najbardziej przykuła ruska Żmijka – wóda z zalaną żmiją, którą ponoć można dostać gdzieś na bazarze. Zacząłem czuć klimat wschodu 😀 Ów dresik wysadził nas przy, jak sam mówił, największej atrakcji Rzeszowa – pomniku Wielkiej Cipy, skąd ruszyliśmy do jedynego słusznego cheaptripowego sklepu – Biedronki. Tam czekając na Akte i Mleko przebywających aktualnie w innej części miasta, zabijaliśmy czas naprawiając wózki i rzucając butelką. Po spotkaniu wszyscy zgodnie stwierdziliśmy – jebać namiot. Jesteśmy mokrzy, potrzebujemy suchej atmosfery. Stwierdziliśmy więc, że 10zł za buddyjską gościnę nie jest na tyle wygórowaną ceną, by być na opak cheaptripowym zasadom. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy jak bardzo zaszyć potrafią ów Mnichowie. Godzinny spacer po zalanych ulicach Rzeszowa w pełni nam to uświadomił. W końcu dość zmęczeni dotarliśmy do miejsca naszego noclegu, gdzie też powstała krótka, choć dla nas już legendarna, pierwsza videorelacja z ECT… 😛

W miarę wypoczęci, choć nie do końca wysuszeni, z samego rana (czyli koło 10 :P) ruszyliśmy na wylot z Rzeszowa. Najważniejszym i najbardziej radosnym dla nas faktem było to, że nie padało, choć na niebie snuły się szare chmury. Przemieszani – ja z akte, mleko z blu zaczęliśmy polowanie na okazję. Tym razem wystartowaliśmy jednocześnie. Gdy my załadowaliśmy się do samochodu poukładanej pani w średnim wieku (przeciwieństwo typowego bracza), Blu z Mlekiem już wsiadali do białego Vana. Okazało się nawet, że jedziemy w to samo miejsce – do miejscowości Nisko, skąd kolejno mleko z blu i ja z akte ruszyliśmy w kierunku Janowa Lubelskiego (przyjemna, klimatem przypominająca nadmorską, miejscowość). Tam też po raz kolejny spotkaliśmy drugą grupę, choć może to zbyt dużo powiedziane, bo widzieliśmy tylko jak wsiadają przed nami do samochodu jadącego do Zamościa. Fuuu. Wyprzedziły nas świeżaki. No ale nic, nie unosimy się dumą. Nasze następne decyzje, były kompletnie sprzeczne z dotychczasowym doświadczeniem, ale udowodniły też, że trasa najszybsza, nie zawsze jest tą najciekawszą. Otóż spod Janowa zabrało nas dwóch Andrzejów, którzy co prawda nieco nas wkurwiali, wyrzucając to papierki, to butelki przez okno, ale okazali się być jednymi z nielicznych, którzy postanowili się zatrzymać i nas zabrać. Uraczeni historiami o jeżdżących busach i w ogóle wszystkim, postanowiliśmy zboczyć z krajówki na wojewódzką. Tak też wylądowaliśmy, jadąc przez Cynconopol, w Head Visionie (Hedwiżynie), gdzie oczywiście nie obyło się bez bań przeróżnych, poczynając na trzymaniu sztamy z golemami, kończąc skakaniu w ruchome piaski, które pragnęły naszych nowiuśkich kalendżosów, równie mocno jak my wydostania się z tej dziury 😀 W końcu dotarliśmy do Zwierzyńca, gdzie po zaliczeniu srogich gapów, zostaliśmy odwiezieni przez młodą dziennikarkę, ostrzegającą nas (słusznie) przed jej poziomem opanowania automobilu, do Zamościa. Chłopaky odebrali nas spod jakiejś szkoły, dokończyli oglądanie Equlibrium (w FullHD, rzecz jasna), po czym zawróciliśmy na jakąś szkołę, która okazała się być dość rześką miejscówką ze skateparkiem i olegowymi drągami. Pobawiliśmy sie tam trochę, z mlekiem zrobiliśmy pierwsze polskie zawody w ustawaniu precka i pofriraniliśmy na rampach. Zabawę przerwał mój kret, który zażądał wydostania się na zewnątrz w najmniej odpowiednim momencie. Można rzec, że chwilami udało mu się wystawić wąsy, jednak całego postanowiłem pozbyć się w nie tak pobliskim jakby się wydawało, Kerfurze, aby nie sprawiał więcej problemów. Odwiedziliśmy stare garaż, gdzie skleiliśmy kongi do preca i cata, po czym za namową Blu ruszyliśmy w stronę szpitala, którego okolica przypominała mi Czarnobyl i Pyrpeć. Sama klinika okazała się być idealną miejscówką trenowania sprintów i biegania długodystansowego. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy przygotowaną przez mamę Blu kolacje i obejrzeliśmy Zombieland (w marnym SD, niestety).

Rano okazało się, że wszyscy dzieliliśmy identyczny sen – że przyszedł po nas Blu i poszliśmy pomóc niejakiemu Erykowi, którego mieliśmy poznać na dzisiejszym trenie, wepchnąć jego samochód na parking, przed którym stanął po przejechaniu sporego kawałka na samych felgach 😀 Tak więc po śniadaniu udaliśmy na ZDK, gdzie poznaliśmy Eryka, który nam się przyśnił, jak i innych zamojskich traceurów. Tam też zaliczyliśmy i ponagrywaliśmy kilka wspólnych akcji. Do ciekawszych zaliczał się cat z dość nietypowego nabiegu (po schodach), którego skleiliśmy wraz z akte. Dalej udaliśmy na mury miejskie, które okazały się być dość rześką dojlownią, na której mleko rozwalił sobie piszczel, a ja przypomniałem o tradycyjnej przedwyjazdowej kontuzji, którą załapalem jeszcze w Krakowie. Nastepnie udaliśmy na Kazamaty gdzie przyprecowaliśmy, przykaciliśmy i przykattukaciliśmy, a wszyscy zostali uraczeni wielokrotną śledziową wbitą 😀 W tym miejscu zakończyliśmy trening i udaliśmy się na obiadokolację, po której mleko został uświadomiony o tym, że ma Cień (sprawdzaliśmy, rzeczywiście ma), akte jest czysty (w pewnym stopniu, umył tylko stopy), a mnie od 3 miesięcy ktoś bardzo hejci, przez co korzystam tylko z 70% swojej mocy (zawsze mówiłem, że to co pokazuje to tylko część moich możliwości). Mleko już bez cienia (choć przysiągłbym, że go widziałem), a ja z prawie pełną mocą i nadal czysty akte, mając Blu za przewodnika, ruszyliśmy zwiedzać Zamość. Samochodem w 6 osób, do rynku podwiózł nas Ćwiru. Zamość jest naprawdę pięknym miastem, zrobiło na mnie zajebiste wrażenie, na akte też. Stwierdził nawet, że podoba mu się bardziej niż Kraków. Jednak, gdy zaczęliśmy ogarniać okoliczne podwórka, to zwiedzanie szybko przerodziło się w minitrening. Zaliczyliśmy z mlekiem gapa, kilka dojli, a on sam konga do preca, z którego zrezygnowałem po poślizgu na łapie. Kontynuacja zwiedzania okazała się treningiem samym w sobie, odwiedziliśmy park i stadion, na którym Mleko chwilę tyral dojla, po czym ruszyliśmy w baaardzo długi spacer powrotny, który zmęczył nas bardziej niż całodzienny tren. Po drodze zaczepiliśmy jeszcze o całodobowy sklep Spar, w którym ceny okazały się być konkurencyjne nawet do tych biedronkowych, co bardzo ucieszyło wiecznie głodnego Mleka. Wieczorem jeszcze tradycyjnie film (Source Code), tylko w półHD, ale zawsze.

Tak i oto docieram do dzisiaj, Mleko z Blu oglądają sami gejowskie porno, akte właśnie włącza starego rzęcha, a ja leże od dwóch godzin i jak skryba nakurwiam relacje. Jutro stąd spadamy – cel na jutro mało ambitny – 30 km do Krasnegostawu, do siedziby dobrze znanej InterNety 😀